trochę Krakowa w Warszawie
RSS
piątek, 23 grudnia 2011
między słowami

no nieeee.... cały rok milczenia?

diaspora is dead?

12:11, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 grudnia 2010
ach, łasiczko

tegoroczne słuchowisko było jubileuszowe - w dwudziestolecie jego nagrania. i może dlatego odbyło się bez specjalnych fanfar, w bardzo małym gronie, za to w towarzystwie kotka Radeckich. bo fanfar i pompy to my nie lubimy, oj nie.

deja vu podczas wyprawy na daleką krakowską wieś ruczaj. zimno jak nie wiem co, biel śniegu oślepiająca, pustka, nie wiadomo co gdzie jedzie ani jak dojść do celu, kłótnie po drodze, ulica GWIEździsta, koniec świata, na szczęście na końcu świata kotek, wino i łasiczka z taśmy. nowo otwarta trasa tramwajowa na inny koniec świata, niejaką golikówkę z przystankiem "KRAKOWSKA AKADEMIA", tramwaj prawie pusty, nie dziwota, skoro po drodze same tereny wystawiennicze, budy, warsztaty, jeno gdzieniegdzie jakaś nowa inwestycja deweloperska majacze. zagadkowe są decyzje komunikacyjne włodarzy miasta tego.

jeszcze wcześniej: impreza okołoświąteczna u sąsiadów na andersa. sąsiadów z sąsiedniej klatki, niemal przez ścianę - bo to samo piętro, tylko jeszcze trzeba by się przebić przez mieszkanie dresa. historia z dresem, inauguracyjna rzecz można jeśli chodzi o muranowski adres, znajduje się w archiwum, na samym początku tego bloga. tak oto historia zatoczyła koło  - czemu trudno się dziwić, skoro rabin stambler mówi, że nie ma przypadków i już.

na sam koniec roku, już warszawsko, bardzo dobre wieści. strach jednak jest, czy wszystko się uda, więc uprasza się o mocne trzymanie kciuków. szczegóły niebawem.

w tym roku po raz pierwszy nie odbyła się tradycyjna wigilija diasporowa. przeniesiono na styczeń.

13:46, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 września 2010
okrągłe rocznice

za tydzień - anny. półtora miesiąca potem - lecha i kronikarza diasporowego. już piąta.

koniec października wtedy był ładny, ciepły, słoneczny. wieżowce obok centralnego błyszczały obiecująco, liście szeleściły pod nogami, przestrzeń, którą jeszcze nie hulały jesienne wiatry, upajała, wreszcie nie było duszno i ciasno. no i ciekawość nieznanego - że można sobie tak chodzić ulicami nowego swojego miasta nie po omacku, na pamięć.

teraz, po pięciu latach, kiedy krajobraz za tramwajowymi oknami spowszedniał, a w mieście na "k" bywa się coraz rzadziej (ostatnio przejazdem), widzi się jakby inaczej.

w mieście na "k" - czystość (może to efekt bardziej estetycznej architektury, na której tle ten sam śmieć nabiera jednak przyjaźniejszych kształtów?), większy tzw. ład przestrzenny (dość dobrze zachowane lub świeżo wyremontowane fasady, nieprzebrane zasoby historycznej architektury, logiczne rozchodzenie się ulic wokół rynku, pardon, Rynku; brak AŻ takich ilości wielgachnych reklam przysłaniających wszystko, co się da), filigranowość (odległości, które kiedyś wydawały się dość spore - taki spacer z Rynku do domu na Krowodrzy na przykład, dziś po codziennej zaprawie w mieście na "w" to betka), galicyjskość (coś, co trudno zdefiniować i czego się wcześniej, mieszkając tam, nie dostrzegało - styl architektoniczny (te rogatkowe kamieniczki z czerwonej cegły z jasnym licowaniem, najwyżej dwupiętrowe), ciasność i duszność, swojskość?

a przede wszystkim: zmiany. tyle się tu remontuje, przebudowuje, upiększa, nowe trasy komunikacyjne, nowe osiedla mieszkaniowe, za chwilę człowiek się w tym wszystkim pogubi, we własnym bądż co bądż - wciąż - mieście.

a w tym na "w" - dopiero teraz uderza syf, szkaradność form, bałagan, wszechobecny pośpiech i nerwowość, powierzchowność. drażni, irytuje. a mimo tego - jak powiedział kiedyś Goleń - kiedy mimo wszystko wzruszasz się, czując smród Centralnego, jesteś już stąd. i wcale nie chcesz tam wracać, miasto na "k" pozostanie dla ciebie punktem odniesienia, celem weekendowych wycieczek, wspomnieniowych wzruszeń, ale nie domem.

żeby nie było aż tak sentymentalnie, a zarazem zachować wątek - te pięć lat temu nawet nie myślałeś, że idąc przez centralny zobaczysz w witrynie księgarni która to ma wszystkie nowości na tygodnie przed coraz mniej sympatycznym empikiem - debiut książkowy kolegi S. poznanego - a jakże - na wyłożonych buraczkowym przybrudzonym dywanem korytarzach redakcji ziewnika p.

po nabyciu książki zaleje cię fala wzruszenia i szacunku dla kolegi S., bo debiut w renomowanym wydawnictwie i takiejż serii. a jako że dawno niewidziany kolega S. ozwie się niebawem na facebooku, przypomnisz sobie ten dzień, kiedy w pokoju na czwartym piętrze zadzwonił telefon - to rozdygotana pani Ewa z działu kontaktów z czytelnikami wzywała na ratunek, gdyż przyszło do niej dwóch obywateli romskich z czeskimi paszportami nie władających językiem polskim. obywatele okazywali jej plastikową kartę i coś zawzięcie tłumaczyli w czeskim narzeczu, więc pierwszą deską ratunku wydawał się dział ekonomiczny. próba konwersacji z obywatelami romskimi jednak nie wypaliła i wówczas niejaki Andrzej  z sekretariatu przypomniał sobie: ej, przecież tam w zagranicznym jest taki Mariusz, co to chyba po czesku gada, przecież sam kiedyś słyszałeś. no to w te pędy do kolegi S., który najpierw w krótkiej konwersacji ustalił, o co chodzi Romom, a następnie wykonał telefon do banku w Pradze i płynną czestiną wyłożył urzędniczce, w czem rzecz. a my słuchaliśmy z rosnącym podziwem nie tylko dla talentów kolegi S., ale i dla pomysłowości obywateli romskich. intryga była bowiem grubymi nićmi szyta: obywatele otóż przedstawiali rzekomą kartę do bankomatu, która wyglądała jak karta do szatni, ponoć działać powinna, a nie działała. na karcie były środki z opieki społecznej, gotówki żadnej, pracownicy banku po czesku ni dudu, olaboga, ratujcie panie, jak my wrócimy teraz do naszej ukochanej złotej Pragi, przecie żebrać nie będziem.

gdy obywatele rozsiadali się już w fotelach na korytarzu, żądając herbaty i sugerując, że może ktoś z nas nadzianych redaktorów udzieliłby im pożyczki, tenże sam kolega S. przypomniał sobie, że owego dnia w mieście k. bawi sam ambasador czeski, przyjmowany obiadem w jednej z restauracji - i wedle czasomierza, właśnie miał do tego obiadu zasiadać. Romowie, słysząc tą wieść, nie mogli zrobić nic innego, tylko oddalić się pędem. nie wiemy niestety, czy runęli do nóg ambasadorowi swemu, domagając się łaski, czy w ogóle ich w eleganckie progi restauracji wpuszczono (choć jakoś sforsowali niedostępne na ogół drzwi ziewnika p.) czy może udali się do innej c.k. redakcji, licząc na to, że wyczerpał się już limit dziennikarzy znających czestinę w tym mieście, a może zaczepiali przechodniów na ulicach?  a może ambasadora wcale z wizytą w tym dniu nie było? w każdym razie, szacunek dla Mariusza, który wybawił nas z opresji, pozostał. może uda się nam teraz wypić kawę w mieście na "w" przed spotkaniem autorskim.

17:32, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 sierpnia 2010
przyjazne państwo

czytając coś takiego, człowiek od razu myśli, że niedługo będzie bogaty. nawet mały procencik od praw autorskich - już coś.

ale miało być o przyjaznym państwie.

przyjazne państwo zachęca obywateli do zrzeszania się, i działań, i takich tam.

aby skutecznie działać, najlepiej założyć stowarzyszenie. no to już.

przyjmijmy, że już udało się nam namówić i znaleźć tych co najmniej piętnaście potrzebnych osób i zgromadzić ich w jednym miejscu, a także skłonić do wysiedzenia tam co najmniej półtorej godziny, bo tyle zajmuje czytanie statutu, uchwalanie składu zarządu i inne pierdoły. a, i do podpisania się na dwóch a najlepiej trzech kartkach, z nipem, regonem, peselem, pinem, srinem i co tam jeszcze jest (biada temu, co zapomniał dowodu. biada temu, co zwołał zebranie, jeśli ktoś się pomyli - całą zabawę na tym etapie trza powtórzyć jeszcze raz).

przyjmijmy, że osób zjawiło się niespodziewanie znacznie więcej, w dodatku świetnych młodych chętnych do działania i zrzeszania się, itp., itd. radość jest. na skrzydłach radości człowiek spisuje pieprzone uchwały (każdy w dwóch egzemplarzach, bo jakżeż by nie), produkuje niezliczone ilości papierów, podpisuje je wszystkie do spółki z Goleniem jako organ założycielski. dwie godziny jak w pysk strzelił. jedzie z wywieszonym ozorem do sądu albowiem rejestracja nastąpić musi w ciągu tygodnia od Zebrania Założycielskiego, nie ma tamto owamto. chcieliście się zrzeszać, cwaniaczki, to w dyrdy do sądu. na bartycką.

na bartyckiej w sądzie kolejki, tłum rozwścieczonych a zdezorientowanych petentów z kwitkami jak na poczcie do poszczególnych okienek. nie wpadaj robaczku w panikę, najpierw ustal se metodą dedukcji - skoro zapomniałeś wyszukać w necie - do jakiego wydziału się udajesz. jak już to ustalisz, musisz jeszcze wypełnić kilka złowrogo wyglądających formularzy, w których czai się mnóstwo pułapek. a tabliczki nad stanowiskami oznajmiają " nie udzielamy informacji dotyczących wniosków" czy jakoś tak.

gdy już wypełnisz formularze i przyjdzie twoja kolej, i drżącymi rękoma podawać je będziesz pani za okienkiem, ta łypnie na ciebie okiem i warknie: "we właściwej kolejności są dokumenty dołączone do wniosku? a czemu to nie pospinane?" i władczą dłonią sypnie ci garść spinaczy biurowych.

gdy już pospinasz i posprawdzasz, tym samym królewskim gestem pobierze plik papierzysk i przystawi do nich wielką pieczęć, napawając się władzą. a dla ciebie rozpocznie się okres czekania.

chciałeś się zrzeszać głupeczku, naiwniaczku, to sobie poczekasz.

jakiś miesiąc później dostaniesz polecony, panie na poczcie nie będą chciały ci go wydać, bo adresowany na stowarzyszenie, a ty przecież nie jesteś stowarzyszeniem. prezes? jaki prezes? a pieczątka jest? nie ma, bo przecież stowarzyszenie w rejestracji, to jaki sens wyrabiać pieczątkę, zanim.... NIE WYDAMY. - ale adres stowarzyszenia to moje mieszkanie. - to proszę przyjść z aktem notarialnym poświadczającym prawo własności, to się zastanowimy.

gdy już przebrniesz przez tą procedurę i uzyskasz upragnione pismo, okaże się że na darmo szamotaniny i nerw, bo sąd tylko cię powiadamia że prezydent miasta stołecznego warszawy przystąpi do postępowania w charakterze strony.....

i znów czekasz. po kolejnym miesiącu, po kolejnych utarczkach na poczcie dostajesz pismo treści następującej, że urząd prezydenta miasta w osobie starszego referenta zgłasza osiem uwag do statutu twojego stowarzyszenia, spisanego przecież dokładnie wedle wzorca z pomocnej obywatelom strony www.ngo.pl i pd rygorem odmowy wpisu musisz w ciągu 14 dni zwołać walne, uchwałami błędy naprawić i złożyć uzupełnienie wniosku na bartycką. uwagi przypominają bełkot, więc szukasz referenta celem konsultacji, znajdujesz referenta, referent okazuje się miłym i przyjaznym człowiekiem, tłumaczy ci na ludzki język uwagi do statutu, mówi jak je poprawić, nawet sprawdza statut po poprawkach. serce ci roście więc na fali wzruszenia znów zaganiasz 25 osób w jedno miejsce i każesz im składać podwójne autografy, drukujesz i podpisujesz kolejne sterty papierzysk i pędzisz na bartycką ze zdałoby się już numerem krs-u w kieszeni. jakże klniesz więc się i miotasz, gdy zaledwie miesiąc później referendarz sądowy o imieniu krzysztof informuje cię listem poleconym o odmowie wpisu, gdyż stowarzyszenie w ocenie referendarza nie może posługiwać się skróconą nazwą, choć miły referent z urzędu polecił ci właśnie taką zmianę w statucie.

nie, nie poddajesz się. raz jeszcze walne, papiery, podpisywanie, bartycka, czekanie, trzy miesiące. powoli oswajasz się z myślą, że nigdy nie dostaniesz tego cholernego krsu, bo przecież zawsze do czegoś można się przyczepić. chciałeś się zrzeszać obywatelu? to my cię tu w przyjaznym państwie przećwiczymy, cobyś nie myślał że tak od razu wszystko dostaniesz na tacy.

i wtedy, niespodziewanie, dostajesz upragnione pismo ze szczęśliwym numerkiem.

we are the champions.

a wy - jeśli doczytaliście do końca - nie idźcie tą drogą. rejestrujcie se stowarzyszenia w holandii, szwecji. może nawet w krajach śródziemnomorskich będzie szybciej.

22:26, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010
offtopic

po wizycie we wnętrzu jednostki mieszkalnej typ berlin (unite d`habitation, berlin type, tuż obok stacji s-bahn olympiastadion) człowiek poczyna inaczej patrzeć na niesławne osiedle za żelazną bramą. nie ma wątpliwości, ojcem prawowitym tegóż był corbusier, i nie ma co tej prawdy ukrywać, mimo że dziecię przyszło na świat bękartem i na dodatek upośledzonym.

korytarze jednostki mieszkalnej są długie, po bokach z prawej i lewej identyczne rządki pomalowanych na żółto drzwi do mieszkań, numery tysięczne rosną w oczach. jest za to czysto, ściany nie odrapane, windy nie zaplute, od zsypów nie śmierdzi, choć w powietrzu unosi się charakterystyczny dla akademików typu żaczek zapach gotowanej strawy. są jeszcze i inne różnice: mieszkania w domu le corbusiera są dwupoziomowe, każde ma całkiem spory balkon, a pod blokiem rozciąga się minipark. obejrzawszy film dokumentalny, na którym to mieszkańcy jednostki chwalą ją jak mogą (jedna mieszkanka wyrzekła nawet z uśmiechem, demonstrując wyrzucanie śmieci do zsypu, że może i śmierdzi z niego czasem, ale jakież to rozwiązanie wygodne) człowiek zastanawia się, czy to efekt magii nazwiska projektanta, czy przyzwyczajenia, czy może istotnego kontrastu między standardem mieszkaniowym w starych berlińskich kamienicach, gdzie 70-metrowe lokum bywa opalane często jednym piecem kaflowym. to nie są mity, przy okazji polecamy świetny blog z ulicznymi portretami berlińczyków, gdzie na jednej z najświeższych lutowych fotografii widnieją panowie dowożący jakże pożądany opał.

(tu miało być zdjęcie jednostki uczynione telefonem komórkowym, ale z powodu zaginięcia jednego cholernego kabelka - pojawi się dopiero niebawem)

a żeby nie wyjść z tematu, kończy się czytać berlin tales. antologia literackich impresji na temat miasta, nie pisana na zamówienie jakiegoś wydawnictwa (jak niesławne polskie antologie świata książki) tylko pozbierana z różnych epok i zszyta jak patchwork, w kolejności niechronologicznej. wzrusza zwłaszcza opowiadanie guntera kunerta o pewnym żydowskim mieszkańcu B., który po dojściu do władzy małego człowieka z wąsem postanowił uciec z miasta, zabierając ze sobą swoją ulicę. po prostu zwinął ją w rulon i schował. tułał się z nią po różnych stronach świata, a gdy było mu źle, rozwijał po cichutku i rozkoszował wspomnieniami. gdy mały człowiek z wąsem już spotkal swoje przeznaczenie, nasz bohater wraca do miasta, którego kompletnie nie poznaje i próbuje rozwinąć ulicę jak dywan w miejscu, z którego ją zabrał. niestety - ulica już tam nie pasuje...... aż chce się wykrzyknąć: przecież to muranów! nie, to friedrichshain, okolice frankfurter allee. tylko zazdrość bierze, bo pomysł przedni.

11:23, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 lutego 2010
biada biada, babilon upada

to się w końcu musiało stać. jedno ze spotkań diasporowych na próżnej upłynęło nam na smętnych refleksjach o upadku standardów w branży, w której wszyscy w większości robiliśmy/robimy/robić będziemy (to ostatnie w nadziei, że standardy jednak kiedyś powrócą, myślę sobie że ta zima kiedyś musi minąć.....) nieuchronnym motywem tychże rozważań był tekst w ostatnim miesięczniku branżowym o upadku pewnego królującego niegdyś tygodnika opinii, z którym na szczęście żadne z nas nie miało w karierze swej bezpośredniego zwarcia jako wyrobnicy. a zwłaszcza znakomity fragment dotyczący tekstu o renesansie polskiego piekarnictwa za oceanem, gdzie autor tegóż z przerażeniem odczytywał później w swym organie podpisane własnym nazwiskiem wspominki Micka Jaggera, któren od dzieciństwa rozmiłował się w smaku polskiego chleba, Madeleine Albright codziennie wstępującej po drodze do pracy do ulubionej swej polskiej piekarni i Fisha, byłego już wówczas wokalisty Marillion (zespołu światowej sławy, jak zapowiedział wszak kilka lat temu podczas Wianków nieoceniony profesor prezydent królewskiego miasta), co to z pobytu w kraju naszym zapamiętał smak polskiego chleba i polskich dziewcząt. rzecz działa się w epoce 2001-2002, kiedy tygodnik począł tracić wpływy, co objawiło się silną presją na obecność znanych postaci w tekstach.

tak, tak. standardy obowiązujące dziś zbliżają nas powoli do statusu Jasia Karuzeli - ksywę tą w czasach studenckiego radia na Rostafińskiego osiem nosił automatyczny zmieniacz płyt, dyżurujący  zwykle po drugiej w nocy. zresztą  nie dyskredytujmy Jasia, wszak doczekał się kilku fanek, które słały maile z podziękowaniami po nocach wyjątkowo obfitych w hity.

tak na marginesie przypomina się niedawna rozmowa z pracownikami - jak się okazało - dywizji produktów luksusowych - pewnego międzynarodowego koncernu, napotkanymi w wagonie restauracyjnym Wars. pracownicy - zresztą bardzo sympatyczni, gdy tylko rozmawiający z nimi przedstawiciel ginącego zawodu wzdragał się na hasło "korporacja", odpowiadali radośnie jak jeden mąż: ależ to jest korporacja inna niż wszystkie! spójrz na nas - przecież każdy z nas tak bardzo się różni od pozostałych!

i to było najbardziej przerażające. czy taka przyszłość też nas czeka, kochani bracia i siostry w wierze?

póki co, idziemy załączyć UOTW, który w wersji oryginalnej nieoceniony wujaszek Cegła przywiózł był z wyspy za kanałem.

23:38, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 stycznia 2010
bułgarska fabryka mebli

- Dzień dobry, czy mam przyjemność z panią Alfą Igrekowską?

- Nie, Beta Igrekowska, słucham.

- Beta Igrekowska? Naprawdę nie Alfa Igrekowska? To ciekawe...A przekazano mi, że pani Alfa Igrekowska....

- Nie, wie pan, zawsze miałam na imię Beta Igrekowska, a nie Alfa Igrekowska, więc raczej jestem pewna.

- To narawdę ciekawe.... A bo wie pani, ja chciałem panią zainteresować takim tematem....

No to pan skutecznie zainteresował. Tak mniej więcej zaczął się nowy rok.

A bułgarska fabryka mebli była jakoś tak w listopadzie ubiegłego. Efekty uwiecznione na zdjęciach pojawią się niebawem. Redaktor Cegielski przy okazji skręcania zestawu fusion odkrył w sobie nową pasję, która zawsze, może posłużyć jako źródło dodatkowych przychodów, zwłaszcza w tych chudych kryzysowych czasach.

Była też tradycyjna ekumeniczna wigilija, jak zwykle u Anny na koziej. tradycyjna podwójnie, bo jakoś tym razem nikt nie przybył z czulentem ani tzatzikiem. a nawet potrójnie, bo eugeniusz tradycyjnie nie przyniósł zachwalanego barszczu własnej produkcji (co  tym bardziej podsyca zainteresowanie owym, ponoć przednim specyjałem) i trza było lecieć do sklepu po.

Styczeń zaś obfituje w takie oto atrakcje: Ruszyliśmy prawie po 3 godzinach z Krakowa, ale stoimy tuż za dworcem, bo coś odpadło od wyczekanej lokomotywy spalinowej. A teraz maszynista ryknął: nie pojedziem, spychomy go. Własnym uszom nie wierzę. I chyba nas zepchnom rzeczywiście... (świeży sms od Anny)

Jeszcze do niedawna, w czasach przedśniegowych, tradycyjnym triczkiem na trasie Kraków-Warszawa była informacja o rzekomym popsuciu się lokomotywy (ciekawe, że psuła się z częstotliwością kilka razy w tygodniu o tej samej porze) gdy intercity tkwił przez godzinę lub półtorej w okolicach tunelu, bo remontowali dojazdy do CMK. I znów piszemy o PKP....

15:14, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 czerwca 2009
juwenalia

wpis niniejszy dedykujemy mlecznej siostrze Daryusza, która rozbawiła nas w czwarteczek do łez. otóż: po tradycyjnym diasporowym wieczorze na próżnej (wśród uczestników m.in. Anna, Olga, Daryusz z siostrą, Eugenio i Piękny Pies) udalimy się do kamienicy tuż obok (sprężyny w podwórzu) aby przejechać się windą przemawiającą głosem świniaka. I co? I kamienica, proszę państwa, okazała się ZAMKNIĘTA, dostępu do windowego prosięcia bronił świeżutki domofon, a we wnętrzu widać było ślady gruntownego remontu. i cóż, drodzy moi, uczyniła w tych okolicznściach wspomniana siostra mleczna Daryusza? nie tracąc rezonu dziewczę to rezolutne wybrało losowo numer na domofonie, a gdy ozwał się kobiecy głos, rzekło głosem słodkim a proszącym: "proszę pani, bo ja jestem STUDENTKĄ ARCHITEKTURY i bardzo chciałabym obejrzeć kamienicę od środka". chwila wahania, znów kobiecy głos: "ale o tej porze?!!" na to niestrudzone dziewczę: "bo ja dopiero wracam z zajęć, wie pani, takie studia, do późna, do późna..." i drzwi się rozwarły. świniak robi paszczą jak dawniej. sprawdziliśmy. jeno na wszelki wypadek przechodząc obok mieszkania pani wymawialiśmy głośno zdania typu: "ach, jakie piękne stiuki", "unikatowe okna, doprawdy unikatowe". potem nam przeszło i  schodząc w dół snuliśmy fantazje w rodzaju: my z siostrą Daryusza to istotnie studentki architektury, a Daryusz to adiunkt co nas MOLESTUJE. zważywszy na historię z przeszłości z dresem, któren to Daryusza wytypował bezbłędnie na pierwszą swą ofiarę jako inteligenta, oraz słynne studentki profesora Godzica, znów wszystko by się nawet zgadzało.

17:54, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 maja 2009
jest!

nowe dziecię:

www.stacjamuranow.art.pl

jeszcze trochę zostało do poprawienia tu i tam,  ale oczęta już otwarte

niechaj się chowa zdrowo

00:44, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 maja 2009
i`m sick without sucking a womanizer circle

jakby kto pytał, od razu spieszymy z wyjaśnieniem: zgrabne zdanie powyżej powstało podczas oczekiwania na pojazd w metrze świętokrzyska po wizycie na próżnej i stanowi kombinację odczytywanych wespół z Daryuszem tytułów utworów znanych a popularnych wokalistek typu doda, umieszczonych na plakacie reklamującym (chyba?) jakąś sformatowaną stację radiową. po dokonaniu tejże kompilacji WSZYSTKO się nam kojarzyło, nawet nazwa "wierzbno"  - "wierzbno" to taki odpowiednik wittenbergplatz, nieprawdaż?

próżna owego wieczoru nie rozwarła przed nami gościnnych swych podwojów, albowiem przebywali tam państwo na imprezie zamkniętej ambasady izraela, chronieni przez ależ absolutnie nie rzucających się w oczy ochroniarzów w pełnym rynsztunku. Daryusz, któren podjął próbę wejścia do wnętrza i poczekania tamże na resztę diaspory, spasował gdy wspomniany ochroniarz rzucił się w jego kierunku, wypowiadając na jednym wydechu trzy zdania "imprezazamknietajestpannaliscieproszęotworzyćteczkę". na szczęście tuż obok w lokalu brazylijskim też mieli paulanera.

bohaterem kolejnego wieczoru na próżnej, dla odmiany została suka Eugeniusza. zaiste, kultowy krakowski lokal piękny pies winien wykorzystywać jej oblicze i całe jestestwo dla swej reklamy. co za styl! co za gracja! jak pięknie łapie piłkę! a jaka grzeczna! perfekcyjne to zwierzę umilało nam dwugodzinne oczekiwanie na dawno nie widzianych gości z krakowa. tak, tunel łączący te miasta nie jest przypadkiem. teraz już przebywamy w dwóch różnych strefach czasowych, smutny to fakt. czwartkowa zabawa skutkuje niestety koszmarnymi snami o poranku, równie koszmarnym samopoczuciem po przebudzeniu i spektakularnym spóźnianiem się na konferencje, z efektami specjalnymi w rodzaju rozlewania coli (kupionej celem pobieżnego choćby ulżenia zmęczonemu organimowi) na wnętrze taksówki i własną odzież. 

treścią poprzedniego dnia bez wątpienia pozostanie rozmowa z Wojciechem, któren bardzo chciał zobaczyć mityczny MURANÓW, i na pytanie: "no i z czym ci się to kojarzy?" patrząc w niejakim zamroczeniu na oświetloną wieżę kościoła przy solidarności, odrzekł: "barcelona i nowa huta". vicky cristina, welcome. 

lepsze nawet niż jeszcze jeden tekst, mozolnie odtwrzany wczoraj z pamięci pospołu z Lechem: "małe oczka przeczesują salę, duże łapki obejmują lalę, łyse główki oblegają teren. dla mnie, koleś, nie jesteś nawet zerem". zespół mass kotki. o ochroniarzach podobno, więc wszystko się łączy. yeah! 

13:28, diaspora13
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7