|
Archiwum
Zakładki:
KRAKOWSKIE
OKOŁODIASPOROWE
WARSZAWSKIE
|
środa, 03 lutego 2010
biada biada, babilon upada
to się w końcu musiało stać. jedno ze spotkań diasporowych na próżnej upłynęło nam na smętnych refleksjach o upadku standardów w branży, w której wszyscy w większości robiliśmy/robimy/robić będziemy (to ostatnie w nadziei, że standardy jednak kiedyś powrócą, myślę sobie że ta zima kiedyś musi minąć.....) nieuchronnym motywem tychże rozważań był tekst w ostatnim miesięczniku branżowym o upadku pewnego królującego niegdyś tygodnika opinii, z którym na szczęście żadne z nas nie miało w karierze swej bezpośredniego zwarcia jako wyrobnicy. a zwłaszcza znakomity fragment dotyczący tekstu o renesansie polskiego piekarnictwa za oceanem, gdzie autor tegóż z przerażeniem odczytywał później w swym organie podpisane własnym nazwiskiem wspominki Micka Jaggera, któren od dzieciństwa rozmiłował się w smaku polskiego chleba, Madeleine Albright codziennie wstępującej po drodze do pracy do ulubionej swej polskiej piekarni i Fisha, byłego już wówczas wokalisty Marillion (zespołu światowej sławy, jak zapowiedział wszak kilka lat temu podczas Wianków nieoceniony profesor prezydent królewskiego miasta), co to z pobytu w kraju naszym zapamiętał smak polskiego chleba i polskich dziewcząt. rzecz działa się w epoce 2001-2002, kiedy tygodnik począł tracić wpływy, co objawiło się silną presją na obecność znanych postaci w tekstach. tak, tak. standardy obowiązujące dziś zbliżają nas powoli do statusu Jasia Karuzeli - ksywę tą w czasach studenckiego radia na Rostafińskiego osiem nosił automatyczny zmieniacz płyt, dyżurujący zwykle po drugiej w nocy. zresztą nie dyskredytujmy Jasia, wszak doczekał się kilku fanek, które słały maile z podziękowaniami po nocach wyjątkowo obfitych w hity. tak na marginesie przypomina się niedawna rozmowa z pracownikami - jak się okazało - dywizji produktów luksusowych - pewnego międzynarodowego koncernu, napotkanymi w wagonie restauracyjnym Wars. pracownicy - zresztą bardzo sympatyczni, gdy tylko rozmawiający z nimi przedstawiciel ginącego zawodu wzdragał się na hasło "korporacja", odpowiadali radośnie jak jeden mąż: ależ to jest korporacja inna niż wszystkie! spójrz na nas - przecież każdy z nas tak bardzo się różni od pozostałych! i to było najbardziej przerażające. czy taka przyszłość też nas czeka, kochani bracia i siostry w wierze? póki co, idziemy załączyć UOTW, który w wersji oryginalnej nieoceniony wujaszek Cegła przywiózł był z wyspy za kanałem.
wtorek, 12 stycznia 2010
bułgarska fabryka mebli
- Dzień dobry, czy mam przyjemność z panią Alfą Igrekowską? - Nie, Beta Igrekowska, słucham. - Beta Igrekowska? Naprawdę nie Alfa Igrekowska? To ciekawe...A przekazano mi, że pani Alfa Igrekowska.... - Nie, wie pan, zawsze miałam na imię Beta Igrekowska, a nie Alfa Igrekowska, więc raczej jestem pewna. - To narawdę ciekawe.... A bo wie pani, ja chciałem panią zainteresować takim tematem.... No to pan skutecznie zainteresował. Tak mniej więcej zaczął się nowy rok. A bułgarska fabryka mebli była jakoś tak w listopadzie ubiegłego. Efekty uwiecznione na zdjęciach pojawią się niebawem. Redaktor Cegielski przy okazji skręcania zestawu fusion odkrył w sobie nową pasję, która zawsze, może posłużyć jako źródło dodatkowych przychodów, zwłaszcza w tych chudych kryzysowych czasach. Była też tradycyjna ekumeniczna wigilija, jak zwykle u Anny na koziej. tradycyjna podwójnie, bo jakoś tym razem nikt nie przybył z czulentem ani tzatzikiem. a nawet potrójnie, bo eugeniusz tradycyjnie nie przyniósł zachwalanego barszczu własnej produkcji (co tym bardziej podsyca zainteresowanie owym, ponoć przednim specyjałem) i trza było lecieć do sklepu po. Styczeń zaś obfituje w takie oto atrakcje: Ruszyliśmy prawie po 3 godzinach z Krakowa, ale stoimy tuż za dworcem, bo coś odpadło od wyczekanej lokomotywy spalinowej. A teraz maszynista ryknął: nie pojedziem, spychomy go. Własnym uszom nie wierzę. I chyba nas zepchnom rzeczywiście... (świeży sms od Anny) Jeszcze do niedawna, w czasach przedśniegowych, tradycyjnym triczkiem na trasie Kraków-Warszawa była informacja o rzekomym popsuciu się lokomotywy (ciekawe, że psuła się z częstotliwością kilka razy w tygodniu o tej samej porze) gdy intercity tkwił przez godzinę lub półtorej w okolicach tunelu, bo remontowali dojazdy do CMK. I znów piszemy o PKP....
piątek, 19 czerwca 2009
juwenalia
wpis niniejszy dedykujemy mlecznej siostrze Daryusza, która rozbawiła nas w czwarteczek do łez. otóż: po tradycyjnym diasporowym wieczorze na próżnej (wśród uczestników m.in. Anna, Olga, Daryusz z siostrą, Eugenio i Piękny Pies) udalimy się do kamienicy tuż obok (sprężyny w podwórzu) aby przejechać się windą przemawiającą głosem świniaka. I co? I kamienica, proszę państwa, okazała się ZAMKNIĘTA, dostępu do windowego prosięcia bronił świeżutki domofon, a we wnętrzu widać było ślady gruntownego remontu. i cóż, drodzy moi, uczyniła w tych okolicznściach wspomniana siostra mleczna Daryusza? nie tracąc rezonu dziewczę to rezolutne wybrało losowo numer na domofonie, a gdy ozwał się kobiecy głos, rzekło głosem słodkim a proszącym: "proszę pani, bo ja jestem STUDENTKĄ ARCHITEKTURY i bardzo chciałabym obejrzeć kamienicę od środka". chwila wahania, znów kobiecy głos: "ale o tej porze?!!" na to niestrudzone dziewczę: "bo ja dopiero wracam z zajęć, wie pani, takie studia, do późna, do późna..." i drzwi się rozwarły. świniak robi paszczą jak dawniej. sprawdziliśmy. jeno na wszelki wypadek przechodząc obok mieszkania pani wymawialiśmy głośno zdania typu: "ach, jakie piękne stiuki", "unikatowe okna, doprawdy unikatowe". potem nam przeszło i schodząc w dół snuliśmy fantazje w rodzaju: my z siostrą Daryusza to istotnie studentki architektury, a Daryusz to adiunkt co nas MOLESTUJE. zważywszy na historię z przeszłości z dresem, któren to Daryusza wytypował bezbłędnie na pierwszą swą ofiarę jako inteligenta, oraz słynne studentki profesora Godzica, znów wszystko by się nawet zgadzało.
czwartek, 21 maja 2009
jest!
nowe dziecię: jeszcze trochę zostało do poprawienia tu i tam, ale oczęta już otwarte niechaj się chowa zdrowo
piątek, 08 maja 2009
i`m sick without sucking a womanizer circle
jakby kto pytał, od razu spieszymy z wyjaśnieniem: zgrabne zdanie powyżej powstało podczas oczekiwania na pojazd w metrze świętokrzyska po wizycie na próżnej i stanowi kombinację odczytywanych wespół z Daryuszem tytułów utworów znanych a popularnych wokalistek typu doda, umieszczonych na plakacie reklamującym (chyba?) jakąś sformatowaną stację radiową. po dokonaniu tejże kompilacji WSZYSTKO się nam kojarzyło, nawet nazwa "wierzbno" - "wierzbno" to taki odpowiednik wittenbergplatz, nieprawdaż? próżna owego wieczoru nie rozwarła przed nami gościnnych swych podwojów, albowiem przebywali tam państwo na imprezie zamkniętej ambasady izraela, chronieni przez ależ absolutnie nie rzucających się w oczy ochroniarzów w pełnym rynsztunku. Daryusz, któren podjął próbę wejścia do wnętrza i poczekania tamże na resztę diaspory, spasował gdy wspomniany ochroniarz rzucił się w jego kierunku, wypowiadając na jednym wydechu trzy zdania "imprezazamknietajestpannaliscieproszęotworzyćteczkę". na szczęście tuż obok w lokalu brazylijskim też mieli paulanera. bohaterem kolejnego wieczoru na próżnej, dla odmiany została suka Eugeniusza. zaiste, kultowy krakowski lokal piękny pies winien wykorzystywać jej oblicze i całe jestestwo dla swej reklamy. co za styl! co za gracja! jak pięknie łapie piłkę! a jaka grzeczna! perfekcyjne to zwierzę umilało nam dwugodzinne oczekiwanie na dawno nie widzianych gości z krakowa. tak, tunel łączący te miasta nie jest przypadkiem. teraz już przebywamy w dwóch różnych strefach czasowych, smutny to fakt. czwartkowa zabawa skutkuje niestety koszmarnymi snami o poranku, równie koszmarnym samopoczuciem po przebudzeniu i spektakularnym spóźnianiem się na konferencje, z efektami specjalnymi w rodzaju rozlewania coli (kupionej celem pobieżnego choćby ulżenia zmęczonemu organimowi) na wnętrze taksówki i własną odzież. treścią poprzedniego dnia bez wątpienia pozostanie rozmowa z Wojciechem, któren bardzo chciał zobaczyć mityczny MURANÓW, i na pytanie: "no i z czym ci się to kojarzy?" patrząc w niejakim zamroczeniu na oświetloną wieżę kościoła przy solidarności, odrzekł: "barcelona i nowa huta". vicky cristina, welcome. lepsze nawet niż jeszcze jeden tekst, mozolnie odtwrzany wczoraj z pamięci pospołu z Lechem: "małe oczka przeczesują salę, duże łapki obejmują lalę, łyse główki oblegają teren. dla mnie, koleś, nie jesteś nawet zerem". zespół mass kotki. o ochroniarzach podobno, więc wszystko się łączy. yeah!
czwartek, 09 kwietnia 2009
Out of Office
czyż ten nowy, nieznany - ale zapewne przesympatyczny - uczestnik naszych diasporowych bachanaliów nie zasługuje na bycie uhonorowanym aż w tytule? chyba wszyscy się zgodzą, zwłaszcza Cegła, który łączył się nami ze wstrząsającej Italii. diaspora spożyła tradycyjne podlane jajo w lokalu Pod Rudym Kotem i już planuje spotkanie poświąteczne. blogowi stuknęły dwa lata, niemal w rocznicę demontażu podwieszanych sufitów w tymże przybytku. w temacie bachanaliów otwarliśmy chyba nowy rozdział - kulturalnie, tradycyjnie, przy zastawionym stole, w dodatku własnoręcznie przyrządzonymi potrawami (patrz: Porażka). starzejemy się?
wtorek, 17 marca 2009
między świętem a czulentem
jedno święto odeszło już w niebyt razem ze starym rokiem, drugie za pasem, w międzyczasie czulent uwarzony i zjedzony. może przez swoją egzotykę, bo przeca nie walory smakowe, cieszył się największą popularnością podczas tradycyjnej diasporowej wigilii. oprócz czulentu był też jak najbardziej tradycyjny barszcz z pasztecikami, tzatziki i ciasta w dużych ilościach. i wino w dużych ilościach. i śpiewy na koziej. najlepiej byłoby więc pojechać w tej sytuacji wojciechem w., choć tenże nadeksploatowany ostatnio: myślę, że nie ma o czym gadać, im wina mniej, tym mniej się gadać chce, nawet jeśli podczas diasporowych spotkań bywa dokładnie odwrotnie. i nie tłumaczyć się (ani tym bardziej tłomaczyć) z trzymiesięcznej przerwy. przecież i tak zawsze przed każdymi świętami życzyliśmy sobie wzajem wesołego jajka. po drodze był też kolorowy odlot nad prawdziwy PARAGWAJ i Purim kryzysowy, w którym nie wzięliśmy udziału, odkrywszy wypisane drobniejszymi literami u dołu plakatu, że mimo kryzysu za wstęp żądane jest 30 (w przebraniu) lub 50 (bez przebrania) polskich zł. za pasem też kolejny najokrutniejszy miesiąc, w którym to, wspólnymi diasporowymi siłami uklejone dziecię jak nic stanie się dwulatkiem. trzymiesięczna cisza nie ma usprawiedliwienia, o nie. można dodać jedynie tajemniczo, że częściowo winna temu praca nad dziecięciem internetowym innego zgoła rodzaju, które miejmy nadzieję niebawem na świat wychynie. skoro mowa o świętach wszelkiego rodzaju, na razie trza utopić. marzannę. w miejscu, gdzie kiedyś stały i żarzyły się jelenie nad wisłą. utopić dokładnie, bo trzy lata temu, mimo podpalenia, kukła zamiast odejść na suchy las z całym paskudnym rokiem, zakotwiczyła ani chybi gdzieś w krzaczorach, a efektu możecie się, drodzy czytelnicy przez duże CZ, tylko domyślać.
poniedziałek, 08 grudnia 2008
please refrain from smoking in bed
taka cudna i zapewne straight from japan tabliczka stoi na półce w mieszkaniu drugiego naszego radiowego wojtka. odkryta została przez diasporowy team podczas pierwszej wizyty co prawda jakoś dwa miesiące temu, ale skoro mieliśmy tak długą przerwę to wypada zacząć niebanalnym akcentem, czy nie? wypada też po takiej przerwie sporo napisać. bo i sporo się zdarzyło. więc: jeden: londyn-amsterdam-paryż-amman-dubaj-amsterdam taką zdaje się trasę, o ile śmy dobrze spamiętali, pokonał (m.in., bo były też i inne trasy) nasz Wojciech radiowy numer jeden, by po powrocie snuć na próżnej wielowątkową i zawiłą opowieść o zagubieniu podczas niej trzech spośród czterech plecaków, trwającą dobrze ponad godzinę. ale zima, czas siedzenia na przyzbie i wysłuchiwania bajań wędrowców zza siedmiu mórz, rządzi się swoimi prawami. przyznamy, że wyłączaliśmy się momentami z toku opowieści, a poza tym diaspora nie byłaby sobą, gdyby nie przerywała nieustannie narratorowi w tzw. kulminacyjnych momentach. no, ale przynajmniej zrehabilitować się chciała: diaspora:- to ja może opiszę tą historię na blogu Cegielski: - obawiamy się, że miejsca na nim by zabrakło, wiecie po syntetyczny opis odsyłamy zatem tu. dwa: z wyprawy Anny do niemiec zapamiętalim taki oto niepowtarzalny dialog: niemce: - czy Kraków to leży daleko od Auschwitz? Anna: - jak Berlin koło Buchenwaldu trzy: po którymś z powrotów z próżnej wzrok przykuwa ekran z informacjami na peronie metra świętokrzyska, informujący o najbardziej pożądanych lokalizacjach w Warszawie: "Ciekawy - zdaniem analityków - jest również Ursynów - ze względu na lokalizację blisko licznych stacji metra". taaa, w przypadku ataku atomowego będzie gdzie się kryć. a potem: urodziny anny, najpiękniejsze 40 urodziny w jakich bralimy udział (faktem, że nie było ich zbyt wiele). urodziny z akcentem pomarańczowym. dj jerzy armata i jego niezrównany prezent i radosne kicanie na parkiecie w starym, dobrym składzie do godzin porannych. z drżeniem czekamy na zdjęcia przed ich cenzurą. choć są i wieści smutne: duży Irek powrócił do prawdziwego miasta, co prawda z własnej woli i na lepszą posadę, ale nam i tak żal, bo nie mamy już krakowskich sąsiadów na andersa. bez dużego irka ostatnio na tyłach teatru wielkiego było słychać rozmowy: "po raz pierwszy zakochałem się w automatycznej skrzyni biegów", "Wojciechu, okielznaj swoje marzenia na chwilę - powiedz o czym, to będę mogła skojarzyć" i takie tam. z książek odkrytych na półkach i przeznaczonych na sprzedaż wybraliśmy dzieło kulinarne pt cymes. pani zza baru nie chciała się targować, no aż trudno uwierzyć, więc rzekliśmy: "no to niech będzie 12 zł, ale bez napiwku". pani skwapliwie się zgodziła! ale o to tylko, by za chwilę powrócić i napomnieć, że pomyliła się w rachunku i musimy dopłacić 50 groszy. teraz nie mamy już absolutnie wątpliwości, że w antrakcie panują prawdziwie krakowskie klimaty. następnie niektórzy udali się do łodzi, gdzie w pozbawionej klimatyzacji sali obejrzeli kolejne trzy filmy w tym tygodniu, beznadziejną genuę winterbottoma (zaczyna się perfekcyjnie, potem człowiek boi się przez godzinę że COŚ się stanie, i NIC się nie dzieje, gadają, jedzą makaron, nuda, nuda, nuda, nawet nie artystyczna, okazja na drugi piknik pod wiszącą skałą zaprzepaszczona, aż na koniec aż się chce żeby przynajmniej młodsza dziewczynka zginęła, przykro, nie?) dobrą kobietę w berlinie i taką sobie ale przynajmniej zabawną księżną. na koniec: primitivo niepostrzeżenie wróciło do sklepów. dobrze wchodzi. i dlatego nie napiszemy nic ani o kryzysie, ani o co2, ha.
poniedziałek, 22 września 2008
wypożyczalnia sztućców
otwarta w ubiegłym tygodniu na Andersa. jak widać, popyt kreuje nowe zjawiska w sektorze handlu i usług. popyt sąsiedzki, dodajmy. asortyment będzie się stopniowo powiększał. na razie, prócz dużej ilości widelców, łyżek i noży w kolorze, a jakże, pomarańczowym, dysponujemy również szklankami i kieliszkami, sztuk sześć, gorzej z resztą. ale klientela i tak zadowolona, choć mimo pożyczki naczyń nie starczyło i gospodarze wznosić musieli toasty w kieliszkach do jaj. zjawiska atmosferyczne każą zgadywać co rano: to już wrzesień czy może, z przeproszeniem, listopad? i co będzie w prawdziwym listopadzie, gdy ciemności na dobre ziemię zakryją? strach się bać. wraz z nadejściem okresu ciemnego powoli żegnamy się z wieczorami na próżnej (zapewne z ulgą dla obsługi lokalu i mieszkańców kamienicy z windą), na pierwszy plan wysuwają się teraz doznania kulinarne (sławetne trzy tarty Anny oraz deser) i napoje o działaniu rozgrzewającym. wraz z wakacyjną przerwą niepostrzeżenie przeleciało gdzieś sporo ciekawych a powstałych na poczekaniu bon-motów z ostatnich mityngów diasporowych. w tym trybie nie da rady, chyba trza jednak jak mistrz wyspiański w futrynę się wpierać i cichcem w kajecie zapisywać. w pamięć wrył się za to ostatni, autorstwa red. Cegielskiego, podczas frapującej dysputy z Agnieszką, zda się w temacie zamierzchłej przeszłości dużego Irka z czasów radia na Rostafińskiego osiem: powiem to jak człowiek, nie wstydżmy się tego słowa
środa, 13 sierpnia 2008
oh lord, won't you buy me...
ryczeliśmy radośnie z lechem na próżnej, anna robiła chórki. po dwudziestej drugiej, co skończyło się delikatnym i uprzejmym upomnieniem, ale kulturalni barmani i tak zapamiętają nas na długo, bo diaspora nie byłaby diasporą, gdyby wcześniej jeszcze nie udało się nam wywrócić na zewnętrzu stolika i potłuc szkła, a potem zaryczeć jeszcze głośniej spanish bombs. no i witryna z pompami na miarę twoich potrzeb (indywidualny dobór, najwyższa jakość, oszczędność energii, serwis techniczny) oraz tradycyjna podróż windą, okraszona naciskaniem guzika z głosem świniaka. lechowi na widok wozu policyjnego (standardowy patrol uliczny) udzielił się nastrój a la police on my back więc po zbiorowej przejażdżce uciekaliśmy, a jakże, a oni wcale nas nie gonili. niepowtarzalny dialog lecha z centralą tele taxi ("poproszę na róg grzybowskiej i marszałkowskiej, po przeciwnej stronie od kebabu. nie ma takiego? to na róg królewskiej i marszałkowskiej. po stronie mbanku). i powrotna droga do domu w towarzystwie dwóch wojciechów radiowych (drugi, nowy wojciech bezbłędnie odnalazł się w poetyce diaspory), podczas którego to jeszcze kilkakrotnie dostawaliśmy ataków śmiechu, na przykład na miodowej, gdzie z piskiem opon zatrzymał się obok nas samochód, a powożący go młodzieniec przez szybę zaryczał: "nie wiecie, gdzie jest indeks?" no jak to gdzie. dawno w szufladzie. drugi raz ryczeliśmy na koziej, u anny (oh lord, summertime, bobby mc gee versus celina i baranek). to znaczy kto ryczał, ten ryczał, bo niektórzy przybyli ze świeżo opatrzonymi ranami po POGRYZIENIU (a propos toczenia piany z pyska, pardon, ust) i świeżo po zastrzyku przeciwtężcowym, co jednak, niestety poskutkowało niejakim odklejeniem. taniec domagającej się pląsów grażyny wespół z lechem odnotowaliśmy jednak, a jakże. teraz redaktor cegła wreszcie NA PRAWDZIWEJ WOJNIE. (ach, te dramatyczne esemesy: zawrócili właśnie nasz samolot z Wiednia. spróbujemy dostać się lądem). tym samym zapytanie "a w kabulu?" stało się mocno nieaktualne. a żeby lato absurdu trwało nadal, w kinach już chaotyczna ana, pilotowana pozytywną recenzją w polityce (cztery gwiazdki na sześć). autor bredzi coś radośnie o dopracowanej stronie wizualnej, wyszukanym koncepcie i idealnym świecie matriarchatu. tja...... |